Zatwardziałego windziarza walka z Linuksem: Instalowanie pierwszych aplikacji


 

Podejrzewałem, że pierwszy tydzień będą sponsorowały chaos, frustracja i zagubienie – nie zawiodłem się.

Pierwszego dnia system przywitał mnie zielonym, jak stan mojej wiedzy o Linuksach, tłem. Miła odmiana po sielskiej łączce i zwichrowanym oknie. Pasek na tym samym miejscu, ikonki są, zegar również. Chyba dam rade się tu jakoś odnaleźć. Całość wyglądała całkiem estetycznie
Zacząłem przyglądać się ikonkom na pasku.

G: Nie chciałbym Ci przeszkadzać w bezmyślnym gapieniu sie na ikonki, ale mamy do zainstalowania kilka poprawek.
Ja: Ah, miło że mówisz. Win też się przypominał.
G: Dobra, dobra. Klikaj tę zakłódkowaną zębatkę.
Ja: <click> Zrobione
G: Ok, to sobie teraz popatrz, a ja skoczę na muchę. Tylko nic nie popsuj!

Wcale bezmyślnie nie kliknąłem. Przejrzałem listę patchy, zapoznałem się z nic nie mówiącymi nazwami, dowiedziałem się, że libgck zostanie podniesiony do wyższej wersji i dopiero wtedy wcisnąłem „Apply”. Bezpieczny system to spatchowany system. Samo ściąganie plików miało zająć trochę czasu, więc zabrałem się za przeglądanie tego co w Windowsie nazywa się pulpitem.
Tradycyjnie mogę sobie zmienić tapetę, kilka drobnych ustawień i dodać widgety. Przejrzałem kilka z nich i wydają się mniej bezużyteczne niż te z Win. Mamy tu jeszcze panel, odpowiednik paska zadań, jednak tu mogę mieć ich tyle ile zechcę :). Najciekawszym odkryciem dnia okazały się „Activities” („Działania”), dodatkowe pulpity z własnymi ustawieniami. Wizja utworzenia oddzielnych przestrzeni dla domowników (bez potrzeby przelogowania), bądź dla różnych typów aktywności była kusząca. Zabrałem się więc od razu do pracy i poustawiałem tak, jak mi było wygodnie. Tego zawsze brakowało w Oknach. Przygotowałem sobie też przestrzeń do przetestowania widgetów.
Pobieżnie przejrzałem zainstalowane aplikacje. W tej chwili możecie wyobrazić sobie dzieciaka w nowo otwartym sklepie z zabawkami, takimi skomplikowanymi i  zabawkami. Teraz załóżcie temu dzieciakowi przeciwsłoneczne okulary i rękawice bokserskie – tak to mniej więcej wyglądało.
Zabawę skończyłem dość szybko, bo przyszedł czas na zainstalowanie najpotrzebniejszych programów, żeby zapewnić sobie funkcjonalność poprzedniego systemu. Słyszałem, że w Linuksach jest wspaniały wynalazek zwany repozytoriami. Odpaliłem więc „Software management” („Zarządzanie oprogramowaniem”) z nadzieją, że będzie tam wszystko czego potrzebuję.  Na pierwszy ogień poszła przeglądarka. Z zainstalowanym domyślnie Firefox’em nie mam najlepszych relacji ze względu na jego przefunkcjonalność z wtyczkami, a zarazem niską użyteczność w domyślnej konfiguracji oraz toporność przez kilka ostatnich wersjach jakie miałem (nie korzystałem z najnowszych, może się coś poprawiło). Zamiast tego zainstalowałem najbardziej niedocenianą (i najlepszą ;)) przeglądarkę na rynku, czyli Operę. Domyślnie funkcjonalna, szybka i synchronizuje moje dane z przeglądarkami na innych kompach. Do tego przydałby się interfejs do Google Apps, więc zainstalowałem jeszcze Chrome, wszak to produkty tej samej firmy więc powinny być lepiej zintegrowane. Tak oto w nowym systemie wylądowałem z czterema przeglądarkami, więc poczułem się niemal jak w Windowsach. Nawet jeszcze lepiej, bo wśród nich wszystkich zabrakło IE.

G: Spoko, w Linuksie go nie uświadczysz
Ja: Słyszałem, że tu też można go odpalić ;)
G: Wrrgh… (najbliższa z możliwych pisemna reprezentacja warknięcia gekona)

Zainstalowałem programy do grafiki, dzięki którym wrzucane do postów grafiki jako tako wyglądają. Całe szczęście używałem open-source’owego GIMP i InkScape, a ze znalezieniem ich w repozytorium nie ma problemu. Więcej kłopotów było z Evernote ponieważ nie ma oficjalnej wersji linuksowej. Na szczęście jest odpowiednik – NixNote. Nie zraziłem się tym, że nie ma go w repozytorium – skorzystałem ze znanej z windowsów metody i ściągnąłem sobie z internetu. System rozpoznał paczkę rpm i zainstalował program. Odpalam więc i oprócz tego, że przez chwilę pojawił się na pasku zadań panelu, nic się nie stało. Uruchomienie jej pięć instancji jednocześnie, również nic nie dało :). Tam gdzie kończą się pomysły zaczyna się Google – odpaliłem przeglądarkę i szukam. Konkretów nie znalazłem, ale dowiedziałem się jak można debugować takie przypadki. Odpaliłem więc okno terminalowe i tam uruchamiam program. Dostałem dość wyczerpujący komunikat błędu.

Ja: Zaraz, zaraz. Wiedziałeś co jest nie tak i nawet nie pisnąłeś o tym wcześniej?
G: Eee, tam
Ja: Wystarczyło chociaż małe okienko z krótkim info
G: Ja tu nie jestem od wyświetlania
Ja: Rozumiem, radiowa terminalowa uroda?
G:

Odpuściłem tym razem i wziąłem się za wyszukiwanie rozwiązania. Okazało się, że potrzebna jest STARSZA wersja jednej z bibliotek. Nie rozumiem w sumie jak to miałoby zadziałać, ale robię jak napisali. Zadziałało i w tej chwili system używa jednocześnie dwóch bibliotek w różnych wersjach.

Ja: … i to działa?
G: no tak, jak widzisz.

Jako ostatni z niezbędników był program pocztowy. Tu już nie wybrzydzałem, bo funkcjonalność Thunderbirda w zupełności mi wystarcza. Konfiguracja odbyła się bez dodatkowych atrakcji. Mam teraz wszystko co niezbędne na początek, wszelkie dodatkowe programy będę instalował doraźnie.
Następnym razem opiszę swoje zmagania z interfejsem KDE oraz próbę zbudowania dostosowanego do moich potrzeb środowiska. Postaram się też nauczyć nowych skrótów klawiaturowych, bo zdążyłem się już przekonać, że trzeba będzie odrzucić sporo windowsowych przyzwyczajeń.

Seria „Zatwardziałego windziarza walka z Linuksem” zawiera:
Prolog i instalowanie openSUSE
Instalowanie pierwszych aplikacji
KDE4
Bede grau w gre


Podobne Tematy:

  • pytlar

    opisz jak pozniej odpalisz Battlefielda 3 ;) I przestetuj czy wszystkie urzadzenia peryferyjne ci dzialaja ok, zaczynajac od skanera :)

    • Dariusz Góra

      Narazie próbuje odpalić Path of Exile pod wine :)
      Skanera nie mam, ale wszystko inne się zainstalowało i działa. Mam tylko mały problmem z myszą, bo opcje nie pozwalają na ustawianie akceleracji rolki. Musze pogrzebać w plikach konfiguracyjnych.

      • Krzysztof Orzedowski

        Jeżeli mi się udało odpalić Diabolo Draj na Łubudubuntu to dla ciebie będzie błahostka

  • Adam

    Darek, a dlaczego akurat ta dystrybucja?
    Czemu nie Ubuntu czy Mint?

    • Dariusz Góra

      Kolorystyka tej dystrybucji dobrze opisuje mój stan wiedzy na temat linuxów ;)
      Tak na poważnie, to uczestniczyłem kiedyś w szkoleniu SUSE for enterprise i postanowiłem właśnie zacząć od niego. Jeżeli będę miał pod dostatkiem czasu to pewnie zajmę się też innymi dystrybucjami.

  • aqostol

    Fajnie piszesz, bardzo przyjemnie się czyta. Świetny pomysł na takie artykuły :D Trochę tego typu tematów brakuje w sieci. Zawsze jak ktoś coś pisze, to jest geniuszem i wie wszystko :P

  • Fajne posty, świetnie napisane.

  • Aż sprawdziłem instalację NixNote 1.4 na OpenSuse 12.3. Domyślnie brakowało tylko jednego pakietu perlowego (jest w repo), poza tym żadnych innych problemów z zależnościami. Uruchomił się bez zająknięcia.

    @Adam, dlatego że instalacja (one-click-install) i kilka innych rzeczy (choćby wystarczy dwuklik na .exe żeby uruchomić) sprawiają że OpenSuse jest dla Windziarza znacznie prostszy w obsłudze.