Zatwardziałego windziarza walka z Linuksem: KDE4

Zdążyłem już się trochę z moim gekonem zaprzyjaźnić, w końcu minęło już kilka tygodni od pierwszego spotkania. Po wstępnej konfiguracji i instalacji niezbędnych aplikacji, nadszedł czas na podniesienie swoich umiejętności w poruszaniu się po KDE 4. Musiałem odrzucić swoje przyzwyczajenia z Windowsa, na rzecz nowych, ale niekoniecznie gorszych, ścieżek i skrótów. Na pierwszy rzut poszedł pasek zadań zwany tu panelem. Podobieństwo do windowsowego jest zauważalne. Z lewej strony mamy okrągły przycisk, z ta różnica, że zamiast loga Windowsa mamy gekona. Po kliknięciu…

G: Ała, tylko nie w oko!!!

… wysuwa się menu, skonstruowane niemal identycznie jak w systemie Microsoftu. Mało tego, można nawet przełączyć menu do „trybu klasycznego” i poczuć się jak w WinXP. To chyba ukłon w kierunku „nawróconych” użytkowników Windowsa, zaczynających z Linuksami. Mała różnica, nie odpalamy tego menu klawiszem „Win”, a kombinacją Alt+F1. Przy okazji zresztą znalazłem jeszcze lepszy „odpalacz” pod skrótem ALT+F2KRunner.

 

 

To chyba najszybszy sposób na uruchomienie aplikacji pod KDE. Dodatkowo, dzięki wielu wtyczkom, mamy sporo dodatkowych funkcji takich jak: kalkulator, edycję kalendarza, wyszukiwanie wśród zakładek i historii przeglądarek, szukanie w kontaktach i inne. Dużo lepsze niż „szukajka” spod menu start Win7. Przypomina mi nieco, świetny swego czasu, Enso Launcher speców od uczłowieczania interfejsów. Wróćmy do naszego panela. Mamy tu dobrze znane elementy jak „szybkie uruchamiania”, zegar, tray. Dodatkowo jest możliwość dodawania widgetów, dzięki czemu zyskujemy nowe funkcje.
Jeżeli pamiętacie, widgety zacząłem testować jeszcze w poprzednim wpisie.

 

 

Jak się okazało, nie można całkiem bezkarnie zapychać sobie pulpitu dodatkami. KDE zaczął być bardzo powolny, na jakąkolwiek komendę reagował z opóźnieniem 15-20 sekund. Nie jestem jeszcze specem od Linuksa, więc postanowiłem wykorzystać starą i sprawdzoną windziarską sztuczkę, czyli odświeżający restart. Jakież było moje zdziwienie, gdy po przeładowaniu systemu wcale nie odzyskał on dawnej szybkość. W Windowsie było to remedium na wszelkie bolączki. Ostatecznie straciłem cierpliwość i wyrzuciłem całe „Activity”, które zawierało widgety. Pomogło.
Po tym problemie zderzyłem się z pierwszą zaletą, a zarazem wadą(?) otwartego oprogramowania – może je pisać i modyfikować każdy, tylko nie wiadomo na kogo się trafi. System ma dzięki temu mnóstwo dodatków, rozszerzeń, schematów i czego-tam-jeszcze-potrzebujesz. Nie da się nie zauważyć, że jednak czasem nie pasuje jedno do drugiego i nie współgra tak jak powinno. Przymykam jednak oko na takie drobne niedogodności, bo nie chciałbym obrazić rzeszy ludzi dla których programowanie i tworzenie darmowych treści jest ideą samą w sobie.
Wróćmy jednak do KDE. Kolejnym ze skrótów, którego musiałem się oduczyć był Win+D. Długo nie mogłem przywyknąć do ciągłego zmniejszania okien klikaniem. Dziwiłem się, że twórcy nie wdrożyli tak przydatnego udogodnienia. Zaczęło mnie to już nieco irytować, więc posunąłem się do ostateczności – sięgnąłem do instrukcji <odgłos wycia wilków>. Teraz już wiem dlaczego nie mogę minimalizować okien – bo po co? Można przecież wyświetlić pulpit na pierwszym planie nie ruszając okien, używamy do tego ctrl + F12. Proste, pomysłowe rozwiązanie i nie ingeruje w ustawienie okien, sami wiecie jakie spustoszenie potrafi czasem zrobić minimalizacja wszystkiego w Windowsie.

 

 

Zaświtała mi w głowie kolejna, duża zaleta otwartego oprogramowania – twórcy nie są ograniczani przez nietechniczne elementy (takie jak marketing, polityka firmy, długi procedury testowe, badania rynku, chęć odróżnienia się od konkurentów). Masz ciekawy pomysł? Zrealizuj go, potem się okaże czy miałeś rację i to co stworzyłeś jest dobre. W taki sposób powstają ciekawe projekty.
Przejrzałem resztę domyślnie zainstalowanych aplikacji i muszę powiedzieć,  że tu twórcy dobrze się spisali. Jest wszystko czego na start potrzebuje użytkownik. Pakiet biurowy, przeglądarkę zdjęć, menadżer plików, zestaw narzędzi systemowych. Całkiem sporo, a jak czegoś zabraknie to repozytoria stoją otworem.
Aby nie kończyć wpisu całkowitym uwielbieniem dla openSUSE i zachować zdrową równowagę, kilka słów o stabilności KDE. Jeżeli ktoś cały czas jest przekonany, że „Windowsy się wieszają” to zapraszam właśnie tu. W tym miejscu pewnie spadnie na mnie grad komentarzy, że KDE to tylko interfejs, a Linuksy się nie wieszają. OK, nie wieszają się (często), ale co z tego? Używam go na domowym kompie i chcę mieć łatwy i przejrzysty interfejs. Nie będę przecież pisał postów pod vi i nie powiem dziecku, żeby sobie bajkę z YouTube pod Lynx zobaczyło. Oprócz nadmiernego obciążenia widgetami, o którym już wspominałem, KDE zdążyło już kilka razy się zawiesić. Co jakiś czas zdarzają się też drobniejsze problemy jak nachodzenie na siebie przycisków na panelu, czy zawieszone widgety. Jest jeszcze spore pole do poprawy.

Seria „Zatwardziałego windziarza walka z Linuksem” zawiera:
Prolog i instalowanie openSUSE
Instalowanie pierwszych aplikacji
KDE4
Bede grau w gre

Przeczytaj także...

4 komentarze

  1. Anonim napisał(a):

    A może tak.. Ubuntu..

    • charles napisał(a):

      Na początek zdecydowanie Ubuntu – sam tak zacząłem z GNU/linux-em kilka lat temu (wydanie 7.10 chyba) i nadal mam (nie 7.10 tylko 12.10;)) na laptopie i desktopie do codziennego użytkowania – mało koniecznych konfiguracji, wszystko działa out of the box, spore repo, przyjazny interfejs, pomoc na forach, dobry start do nauki debiana (którego używam na domowym i firmowych serwerkach). Już testuję 13.04 i wszystko powoli, ale podąża w konkretnym kierunku.

  2. marcudavidus napisał(a):

    a moze tak sabayon.. rpm to zuo sabayon to gentoo tylko takie bez kompilowania i duzo uzo stabilniejsze od susla

  3. Mariusz Kamiński napisał(a):

    Jest pewna sztuczka na win+d. Możesz dodać sobie do panelu (dodaj elementy interfejsu) coś co się nazywa „Pokaż pulpit”, wybrać ustawienia i w skrótach klawiszowych przypiąć Meta+d (tak, w linuksie nie ma klawisza Win 😉 ).

Dodaj komentarz